Zadaj pytanie
 PYTANIE: 2003/074 poprzednie pytanie nastepne pytanie

>>> Zaczynam medytację od zamknięcia oczu i wyobrażam sobie, że siedzę pośród łąk. Krajobraz jest wspaniały, jestem radosny i tą radością chcę napełnić wszystkich ludzi bliskich mi i tych, co nie znam - życzę im dobrze. Później skupiam się na oddechu i gdy już jestem skoncentrowany, to myślę o sensie istnienia o egzystencji, o sobie, o ludziach. Można by powiedzieć, że filozofuję. Czy to dobra medytacja, czy też źle w niej się zachowuję?

Sednem buddyjskiej medytacji jest swobodne spoczęcie w stanie poza koncepcjami - myśli mogą się pojawiać, ale nie manipulujemy nimi. Generalnie klasyczna buddyjska medytacja składa się z dwóch etapów: fazy budowania (faza rozwojowa), kiedy wykonujemy różnego rodzaju wizualizacje, powtarzamy mantry itp. oraz z fazy rozpuszczania, zwanej też fazą spełniającą, kiedy próbujemy spocząć w niedualnym stanie umysłu, pozbawionym rozgraniczenia pomiędzy podmiotem i przedmiotem. Nie chodzi tu więc o intelektualne badanie sensu życia, ale raczej o bezpośrednie doświadczenie, przeżycie jego pierwotnej natury, o zobaczenie samego umysłu pomiędzy jedną myślą a drugą... Jeżeli mamy trudności z dłuższym utrzymywaniem tego stanu, nie należy przymuszać się do kontynuowania medytacji, ale zakończyć ją w naturalny sposób.

Zapraszam do działu MEDYTACJA, gdzie znajduje się lista artykułów na ten temat oraz tekst prostej medytacji. Co prawda faza rozpuszczania nie jest w niej wyraźnie zaznaczona, jednak taki sposób praktyki jest na pewno bliższy buddyjskiemu ideałowi. By móc w pełni korzystać z metod, jakie oferuje buddyzm, potrzebny jest już ich bezpośredni przekaz od nauczyciela. Polecam także artykuł, który ukazał się w magazynie "Diamentowa Droga":
"O medytacji w siedmiu punktach" - Künzig Szamar Rinpocze

(jw)




>>>>>>Zadaj pytanie: